poniedziałek, 8 lipca 2013

Odcinek trzeci



Zapach zbliżającej się jesieni unosił się w powietrzu tym wyraźniej, im bardziej słońce zbliżało się do horyzontu. Od ziemi ciągnęło, ale gruba wełna nie przepuszczała zimna, Oreute leżała więc spokojnie. Przyjazd gości niepokoił ją z wielu różnych względów, ale na pierwsze miejsce wybijała się ilość zapasów. Lato tego roku było bardzo łaskawe, ale nawet to, co zdążyła zgromadzić, nie mogło starczyć na długo. A szykowała się długa i mroźna zima. Oreute nie potrafiła powiedzieć, dlaczego wierzy Staremu Waltowi spod lasu, ale nikt nigdy nie kwestionował jego słów i osądów. Tłumaczyła sobie, że stary może się mylić, bo nawet on nie przeżył wszystkiego, ale prawda była taka, że Walt znał te ziemie. To, co ona odkrywała w wielkich bólach, on wiedział od bardzo dawna.

Dlatego, kiedy Stary Walt, którym matki straszyły niesforne pociechy, oznajmiał nagle, że czas ocieplać suknie, wszyscy w milczeniu i pośpiechu szykowali futra, cerowali ubrania i domy. Nikomu w głowie nie postało, by mu się sprzeciwić, a choć Oreute była wzorem postępowania dla wielu, to gdyby się wyłamała, musiałaby liczyć tylko na siebie. W takich warunkach nie miałaby szans przetrwać najazdu bez pomocy.



* * *



Kiedy przyjechała do Dunster w zaawansowanej ciąży, bez choćby jednej służebnej, i zobaczyła, z czym przyszło się jej zmierzyć, przepłakała cały dzień. A miała gdzie płakać tylko dzięki dobroci jednej z byłych kuchennych, która przyjęła ją pod swój dach, ugościła i odstąpiła własne łóżko, a wszystko to bez jednego pytania. Dopiero kiedy Oreute przestała lać łzy, głównie dlatego, że żadne jej już nie zostały, kucharka sprowadziła Mabel i wspólnie zastanowiły się nad rozwiązaniem.

Tak naprawdę nie miała zbyt wielu opcji. Całe dwie: przeżyć albo umrzeć. Mogła się położyć w którejś z opuszczonych komnat i czekać na mający nigdy nie nadejść ratunek lub zakasać rękawy i doprowadzić majątek do rozkwitu. Największy problem stanowiły oczywiście pieniądze, których Oreute nie miała. Simon odesłał ją od rodziców na jednym wozie, wypełnionym prezentami ślubnymi z gatunku kobiecych – sukniami i materiałami, drobnymi sprzętami i meblami. Jedynym wyjściem była sprzedaż co wartościowszych – odprutych nici, toaletki, kosztowniejszych materiałów. Nie sądziła by to wszystko starczyło, ale na pewno była szansa na przygotowanie przynajmniej jednej komnaty oraz kuchni. Do zimy nic więcej i tak by nie zdążyli, a Oreute więcej nie potrzebowała. Modliła się tylko gorąco, by udało się sprzedać choć część rzeczy.

W czasie, gdy „posłowie” jeździli po okolicznych majątkach, kupcząc jej jedynym dobytkiem, ona obchodziła ten należący do męża. Przekonała się, że zaniedbał nie tylko budynki, ale i ziemie, co było jeszcze większym grzechem. Żyzna gleba to nie wszystko, potrzeba dobrego ziarna, uważnej opieki i dopilnowania ludzi. Simona to jednak nie obchodziło, wciąż gonił za sławą i bogactwem, to jego starszy brat był gospodarzem, posiadaczem ziemskim.

Poznała też bardzo skróconą historię tego miejsca. Zamek należał do pani matki, lady Eleanor, która przekazała go w spadku młodszemu synowi – Simonowi. Dziedzic nie przyjeżdżał doń od ponad dwóch lat, ale tak naprawdę posiadłość była opuszczona jeszcze dłużej, dlatego tak haniebnie niszczała. Lorda o wiele bardziej interesowało, w jaki sposób wycisnąć jak najwięcej pieniędzy, o ich dokładaniu nie chciał słyszeć.

Kupcy wrócili, z nawet większą sumą niż się spodziewała, dwa tygodnie przed równonocą jesienną. Prace ruszyły od razu, a entuzjazm ludzi zadziwiał i zachwycał Oreute. Nie tylko dlatego, że ich poświęcenie zapewniało jej miejsce do życia – chociaż nie zamierzała udawać, że wcale nie ma to wpływu, ale też dlatego, że pomoc zwyczajnie sprawiała im przyjemność, w końcu mieli jakiś cel. Pomagała jak mogła, w swoim stanie nie była w stanie robić wielu rzeczy, ale chętnie dzieliła się wiedzą i układała plany.



* * *



Gdyby ktoś zapytał Oreute, o czym myślała, patrząc na swojego męża po raz pierwszy od pięciu lat, a drugi w życiu, kłamałaby, aż by się kurzyło. Opowiadałaby długo i barwnie, choć do zmyślania nie miała zbyt wiele talentu, o tym, jak to wzbudził w niej odruchy wymiotne, jak zalała ją fala wzburzenia, wreszcie jak chwyciła łopatę i jednym celnym pacnięciem posłała go do naprędce wykopanego grobu.

Na pewno bowiem nie przyznałaby się do tego, że stara, upaćkana ziemią i trawą suknia, w której zmieściłyby się ze dwie pokojowe, zaczęła ją dusić i że pragnęła ją z siebie zrzucić, by móc kotłować się pośród niej z małżonkiem. Mgnienie, bardziej nawet ukłucie wspomnienia niż sam jego widok podziałało na nią tak, jak jeszcze żaden mężczyzna. Zawstydziła się, gorąco buchnęło jej na twarz i zgarbiła się, obliczając w głowie, ile kosztowałaby ją ucieczka. Mogłaby przecież udawać jakąś wieśniaczkę, on tylko by temu przyklasnął, uwolniłoby go to od wielu zobowiązań. Nie, żeby kiedykolwiek jakichkolwiek dotrzymywał, ale jednak miałby jedną rzecz mniej na sumieniu.

Otrząsnęła się w końcu i, przyjrzawszy się uważniej, dojrzała, że jej mąż nie tyle stał, co był podtrzymywany w pozycji pionowej. Nie był bardzo zaskoczony, raczej niezadowolony, ale nie mogła ocenić, czy bardziej zdenerwowało go jej istnienie czy wygląd. Jego pomocnik wyglądał na wysoce skonfundowanego faktem, że sterczy przed nimi jakaś obdartuska z oczekiwaniami wypisanymi na twarzy, a jej widok wywołuje taką reakcję jego pana. Czy powinna się dziwić, że wielki rycerz nie przyznał się do niej? A może przez te pięć lat zapomniał o niej, mając nadzieję, że zdechła gdzieś w ciemnicy i pozostały po niej bielejące kości?

Milczenie zaczęło się przedłużać i stawać coraz bardziej nieznośne, a Oreute pojęła wreszcie, że jej mąż nie zamierza go przerwać i wyjaśnić sytuacji, z każdą chwilą niezręczniejszej. Oczekiwał najwyraźniej, że ona podkuli ogon i ucieknie niczym ledwie odrosła od ziemi służebna. Widziała w jego oczach niemy rozkaz, na który powinna odpowiedzieć bezwzględnym posłuszeństwem. Co oczywiste, w tej sytuacji obudziła się w niej niemądra przekora i chęć utarcia mu nosa.

– Oreute, pani na Dunster – przedstawiła się nieznajomemu mężczyźnie, kłaniając z gracją. – Witam na zamku, sir.

Kiedy się wyprostowała, zobaczyła pobielałą z wściekłości twarz Simona i uśmiechnęła się niewinnie, splatając dłonie na brzuchu. Czekała teraz na jego ruch, ale on zapiekł się w złości i milczał, najpewniej obmyślając najpotworniejsze tortury za jej zuchwałość.

Pomocnik na chwilę stracił rezon, mrugając w zdumieniu, z pewnością porównując dotychczasowo spotkane szlachcianki z tym, co teraz widział. Szybko jednak otrząsnął się z szoku, nie słysząc protestów przyjaciela, jedyne, co mógł zrobić, to odpowiedzieć na przywitanie.

– Racz mi, pani, wybaczyć tak nieodpowiednie powitanie, jednak z wiadomych względów nie mogę sobie pozwolić na stosowniejsze prezentacje. – Uśmiechnął się uprzejmie wąskimi wargami. – Hugh Czarnobrody, syn Williama z Carisbrooke – przedstawił się, a Oreute przyjrzała mu się po raz pierwszy nie jako podparciu Simona. Był jak starszy brat jej męża, chociaż nie brat krwi, bo wyglądał inaczej – jego włosy były ciemniejsze, szczęka mocniejsza, twarz dłuższa i ostrzejsza. Tylko w oczach, zielonych jak wiosenna trawa, miał taką samą zawziętość i lojalność, chociaż dojrzalszą i silniejszą, a przez to o wiele bardziej niebezpieczną.

Przez chwilę stała tak, patrząc na niego jak cielę, ponieważ jej znajomość konwenansów kończyła się na odpowiednim ukłonie, zanim w końcu nie odezwał się Simon, niezamierzenie wybawiając ją z opresji.

– Hugh, niech chłopak pokaże ci plac ćwiczeń. – Ta bezosobowa komenda była zaprzeczeniem więzi łączącej dwóch rycerzy, ale też znakiem, że Simon nie wszystkim dzielił się z przyjacielem.

Młody lord przywykły do wydawania rozkazów, które wypełniano co do joty bez zwłoki, zdziwił się wyraźnie, kiedy tym razem jego pomocnik pozostał przy jego boku. Nawet ogorzałą twarz wciąż mógł ozdobić zdradziecki rumieniec, upodabniający ją do ugotowanego raka, co Oreute skonstatowała ze złośliwą satysfakcją. Gębę wykrzywił mu dziwny grymas ni to wściekłości, ni zawstydzenia, więc aby jak najszybciej przerwać męki, zdrową, lewą ręką wykonał jakiś nieokreślony gest, który Hugh chyba zrozumiał, bo zwrócił się do niej.

– Pani, czy jest tu odpowiednie miejsce do spoczynku?

„Cmentarz mamy pięć mil stąd”, pomyślała złośliwie, ale wskazała ręką kierunek w głębi ogrodu.

– Można usiąść na ławie w sadzie. Pod śliwami. Zaprowadzę.

Zanim rycerz zdążył się ruszyć, zebrała jedną ręką suknię, drugą chwyciła za ucho małego łobuza i poszła przodem. Przez tę chwilę, zanim miała się zmierzyć ze swoim panem, mogła zaplanować dokładnie karę za nieposłuszeństwo. W ciągu tych paru lat nabrała wprawy w wymyślaniu coraz to nowych pokut dla tego gagatka, chociaż musiała przyznać, że czasem aż brakło pomysłów. Żałowała, że to jej ostała się rola kata, ale nie mogła pozwolić, by jej dziecko niszczało, rozpuszczane jak dziadowski bicz przez wszystkich dookoła.

Dotarli tak pod właściwe drzewo, Hugh ułożył jaśnie lorda jak najwygodniej na prostych oheblowanych deskach zbitych w siedzisko bez oparcia.

– Odejdę dalej, żeby nie przeszkadzać w rozmowie. – Pokłonił się jej na pożegnanie, otoczył po ojcowsku małego przewodnika ramieniem i, podniósłszy go bez wysiłku, skierował się między drzewa i krzewy. Niewątpliwie chciał być na zawołanie, gdyby jego pan potrzebował towarzysza.

Zostali sami i miała nadzieję, że Simon w końcu się do niej odezwie i wyjaśni cokolwiek, ale kiedy on już otworzył usta, wypowiedział tylko jedno słowo, ociekające nienawiścią i jadem.

– Mógłbym... – I urwał tak, uderzając zdrową ręką w ławę.

– Mógłbyś, ale nie sądzę, żebyś potrafił samodzielnie zrobić dwa kroki, więc waż słowa, bo nikt cię tutaj nie obroni – warknęła w odpowiedzi, dopasowując ton. Zmierzyła go pełnym wrogości spojrzeniem, głównie po to, by zaznaczyć swoją pozycję i przekonać go, że ani wcześniej, ani teraz nie żartowała.

Z tego zmierzenia zebrała o wiele więcej informacji niż mogłaby chcieć. Zauważyła głębokie cienie pod oczami, poszarzałą cerę, mocno zaciśniętą szczękę, prawą rękę ułożoną przy boku ochronnym gestem. Zapadnięte policzki i obwisłą na ramionach koszulę, mocno ściągnięty pas spodni. Paradoksalnie, dopiero teraz poczuła prawdziwe gorąco w brzuchu. Wydał się jej prawdziwszy, bardziej ludzki niż młody, nieskazitelny pod każdym względem bóg, za którego ją wydano. Ten Simon siedzący przed nią pięć lat później był o wiele bardziej interesujący. Oczywiście nie zamierzała dać mu do zrozumienia, że żywi do niego jakiekolwiek cieplejsze uczucia. Zwłaszcza, że takowych nie żywiła - powtarzała sobie, że każdemu zdarza się chwila słabości, ale dla niej ten moment już przeminął.

– I cóż, nie masz mi nic więcej do powiedzenia? A może oczekiwałeś, że nie będzie nikogo i nie przygotowałeś przemowy? Spodziewałeś się czegokolwiek, poza zarosłą mchem ruiną, czy z rozmysłem prowadziłeś swoich ludzi na śmierć głodową? – naciskała, ze złośliwą satysfakcją patrząc, jak z każdym kolejnym słowem jego ramiona kulą się coraz bardziej. Zrobiła krok do przodu, ale rozmyśliła się, nie chciała siadać obok niego. Zajęła miejsce naprzeciwko, w miękkiej kępie trawy, i patrzyła wyczekująco.

– Jak zwie się twój dzieciak? – zapytał chrapliwie, prawie spokojnie ignorując wszystkie jej pytania.

Plan tej rozmowy przygotowała już kilka godzin temu, przewidując wszystkie wdechy i przerwy. Miała na podorędziu wiele przeróżnych ripost. A jednak jego odpowiedź skutecznie zbiła ją z pantałyku.

– Joss-elyn – zająknęła się, lekko odchylając głowę do tyłu i podnosząc dłoń do szyi.

– Babskie imię, nie przyniesie mu nic dobrego. – Wypowiadając zdanie, wykrzywił wargi ze wstrętem. Oblizał się i Oreute zrozumiała, że nie tylko dla niej to wyrywanie od siebie strzępków jest męczące. Zmrużyła oczy i wskazała zachęcającym gestem niedużą studnię kilka stóp na prawo od Simona, choć bardzo dobrze wiedziała, że nie dałby rady do niej nawet podpełznąć.

– Po ojcu – odpowiedziała na nie zadane pytanie z udawaną swobodą, nie omieszkała jednak wbić szpili tam, gdzie najbardziej bolało.

– Nie wierzę, że pamiętasz któregokolwiek ze swoich kochasiów. – Oczy rozbłysły mu złośliwą uciechą, kiedy oddawał cios.

Oreute zastanowiła się, jak to możliwe, że tak głupi człowiek przeżył tak długo i na dodatek ma wiernych towarzyszy, którzy poszli z nim na koniec świata w nieznane. Nie mogła uwierzyć, że dotąd kobiety nie przejęły jeszcze władzy nad światem.

Niezdrowym było chowanie urazy przez sześć lat, zwłaszcza kiedy nie miało się po temu żadnych powodów i było się stroną wygrywającą. A jednak Simon wciąż ją o coś oskarżał, a jedyne w czym zawiniła, to to, że ktoś oddał mu ją jak niechciane buty, słono dopłacając złotem i przywilejami. Wściekłym ruchem wygładziła spódnicę, zaciskając zęby i próbując powstrzymać cisnące się do oczu łzy.

– Tobie nie powinno sprawiać problemu przypomnienie sobie nazwiska mojego męża, w końcu to ty go zamordowałeś.